grudnia 03, 2018

Nie tylko camperem człowiek podróżuje




Nie tylko camperem człowiek podróżuje...

Od kiedy na filologii polskiej zaczęto napychać mi głowę setkami a nawet tysiącami kulturowych ikon, zapisanych w naszych dziejach za pomocą różnych środków przekazu (literatury, malarstwa, rzeźbiarstwa etc.) chciałam pojechać do Rzymu. Bo gdzie indziej, jak nie w Wiecznym Mieście splatają się wątki naszego kulturowego jestestwa, tkane przez wieki naszej historii na kanwie ludzkich wierzeń i dążeń?
Ale dosyć patetycznego tonu, bo cała wyprawa wynikła po prostu jako skutek uboczny jednej z letnich, grillowych imprez. W czasie opiekania nad ogniem kiełbasek padło hasło, gdzie moglibyśmy grupą pojechać? Nadchodziła jesień, więc Paryż został wykluczony ze względu na wczesne nadchodzenie zmroku, wiadomo tam obecnie po ciemku nie ma co wędrować...Z kolejną propozycją - Madrytem - walczyłam zażarcie, bo mnie po prostu "nie kręci";) Z powodu relatywnie wysokich temperatur wybór padł na Rzym (to był mój faworyt).


Rzymskie Zaduszki

Ponieważ najbliższym "długim" weekendem był tydzień, kiedy to 1 listopada wypadał w czwartek ustalono, że z tegoż tygodnia uszczkniemy jeszcze środę, a piątek, jak to piątek po święcie musi być wolny... Zaklepane 4 dni w Rzymie, ostatecznie leci 8 osób: my ze starszym synem, brat męża z żoną oraz kuzyn męża z żoną i córką. Ja podrzuciłam swoje sugestie miejsc jakie chciałabym zobaczyć, zaś strategicznym planistą wyprawy był szwagier. Znany z petetekowskiej precyzji w podejściu do zwiedzanych miejsc oraz tak szczelnie upchanego grafika turystycznego, że nawet 5 minut wolnych, nie zaplanowanych nie ma. Jednym słowem "Nie śpimy, zwiedzamy";) Oczywiście żart, bo zaplanować 4 dni zwiedzania Rzymu dla 8 osób, w którym się nie było, to nie lada sztuka. Poniżej zdjęcie podstawowego wyposażenia, druk planu przygotowanego przez rzeczonego Szwagra;) opatrzony adnotacjami z przewodnika.



A plan był ambitny, bo po praktycznie całej nieprzespanej nocy - lot z niemieckiego Schonefeldu był ok 6.00(dzięki czemu w samolocie przywitał na przepiękny wschód słońca), mieliśmy jeszcze ruszyć zwiedzać miasto. Co ładnie wyglądało na papierze, okazało się być nie lada przeprawą. Zmęczeni po nocy, "wytrzęsieni" przez włoską komunikację miejską, bo o ile metro działa bez zarzutu i jest komfortowym środkiem przemieszczania się, to autobusy podmiejskie prowadzone przez włoskich driverów spod ciemnej gwiazdy to środek lokomocji dla amatorów mocnych wrażeń. Znaki drogowe to dla nich jedynie luźne sugestie, czerwone światło zapala się tylko po to aby mogli dodać gazu, przystanki drogowe i stojący na nich pasażerowie... eee tam, po co komu pasażerowie w autobusie... Udało się jednak po przelotach, przejazdach, z duszą na ramieniu czy 100 minutowy bilet oszczędnym Polakom wystarczy, dotrzeć do miejsca docelowego.



Kiedy tylko dotarliśmy do zabukowanego apartamentu mieliśmy już tylko ochotę spać. Ale, ale Juliusz, jak ochrzciliśmy, na stałe mieszkającego w zajmowanych przez nas pokojach rzeźbionego jegomościa, nie na darmo pokazywał stoickim wzrokiem prawe okno... widok z niego... no sami popatrzcie...

Zamek Św. Anioła na przeciw naszych okien z prowadzącym do niego mostem zdobionym rzeźbami Berniniego, trochę jakbym weszła w tło widokówki... dziwne uczucie.


Imperium Romanum - pars una

Zatem podtrzymując oczy na zapałkach, po zostawieniu bagaży ruszyliśmy w miasto. Pod naszą kwaterą mieścił się sklep - restauracja z smacznym panini oraz kawałkami pizzy, które można było wziąć na wynos lub spożyć w towarzystwie winka, bądź smacznego włoskiego piwka Peroni. Wzmocnieni ruszyliśmy mostem do Zamku św. Anioła jednak podjęliśmy decyzję, że do środka nie wchodzimy, nikt bowiem koneserem renesansowych fresków nie jest a dość długa kolejka skutecznie nas zniechęciła. Przekroczyliśmy zatem ponownie Tybr i ruszyliśmy w kierunku Piazza Navona. Aż trudno uwierzyć, że malowniczy plac był niegdyś zapaśniczą areną, na której, wedle legendy, zginęła św. Agnieszka. Z czterech umieszczonych tam fontann najciekawsza jest Fontanna  Czterech Rzek autorstwa oczywiście papieskiego rzeźbiarza Berniniego. Boromini zaś, główny ówczesny rywal artysty zaprojektował fasadę postawionego ku czci wspomnianej męczennicy kościoła Sant'Agnese in Agone. Wnętrze kościoła, które wręcz "oblepiają" barokowe freski, reliefy, kolorowe marmury i stiuksowe posągi, robi niesamowite wrażenie. Spodziewałam się, że ten cały przepych mi się nie spodoba. Tymczasem wszystko było tak zestawione, że nie "kuło" w oczy lecz zupełnie odwrotnie, tworzyło pewną jednolitą całość.


Dalszym punktem był Panteon, który jak sądziłam, zrobi na mnie mniejsze wrażenie. Tymczasem monumentalna budowla, z kulistym sufitem, dowodzącym kunsztu i wiedzy ówczesnych budowniczych, zwieńczona okrągłym okulusem, przez który wpada światło słoneczne lub zapewne księżycowe, to pokaz majestatu starożytnych. Podstawę oparto na planie koła, trójkąta równobocznego i kwadratu - symbol harmonii świata.



 Nastroje, nastroje...

Pisząc ten nagłówek właśnie usiadłam przy jadalnianym stole, wcześniej złożywszy w łóżeczku marudzącą główkę młodszego syna do snu, dopilnowawszy wieczornych "procedur" starszego oraz co nieco ogarnąwszy chałupę... Nalałam sobie lampkę wina, która (pochodzą z trunku w przedziale do 20zł) niestety nijak ma się smakowo do tych, które kupowaliśmy w Wiecznym Mieście za marne 2,8€. Dobre, dobre winko tam mają. 
Ale, ale... ja generalnie chciałam kontynuować opowieść z dalszej części wycieczki. Bo po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w miasto. (Ten zwrot akurat będzie często przewijał się w moich relacjach;)) Zmęczone nogi niosły już wolniej, chociaż trzeba było się spieszyć, bo celem była bazylika Santa Maria del Popolo, w której bardzo chciałam zobaczyć 2 obrazy Caravaggia. Wbiegając w ostatniej chwili i "namierzając" wspomniane malowidła zdążyłam na nie jedynie rzucić okiem, gdyż świątynię ze względu na planowane nabożeństwo właśnie zamykano dla zwiedzających. Nic jednak straconego, bo sam Piazza del Popolo urzekał wieczornym urokiem. Siedząc na schodach fontanny i podziwiając występ ulicznego artysty, wykonującego popisy z ogniem, zaś w tle widząc słynne bliźniacze kościoły Santa Maria- in Monte Santo i - dei Miracoli czułam się trochę, jak w alternatywnym świecie. Potem wolnym spacerem przez taras Pincio ruszyliśmy do schodów hiszpańskich, które generalnie za bardzo wrażenia na mnie nie zrobiły. Nawet umieszczona u ich zwieńczenia wczesnobarokowa fontanna Barcacia (autorstwa ojca Berniniego, a wykonana na pamiątkę wielkiej powodzi, która aż do tego miejsca doniosła łódź z Tybru) szału jakoś nie robi.


Ale już fontanna Di Trevi to co innego... Sądziłam, że będzie przereklamowana i nie warta swej opinii. Myliłam się! Paszcza rozdziawia się sama, gdy się do niej podchodzi, widzi jej przepych i słyszy szum wody.. To bodajże ostatnia z barokowych wielkich budowli zrealizowanych z wielkim rozmachem. O ironio zaprojektowana przez Berniniego(chełpiącego się opinią największego barokowego rzeźbiarza), lecz z powodu braku funduszy wykonana dopiero przez Salviego i może dlatego ciekawsza. Tym bardziej, gdy sobie człowiek uświadomi, iż doprowadza do niej wodę 20 km starożytnego akweduktu. 



 Płaczące Wieczne Miasto

Drugi dzień upłynął nam w strugach deszczu od świtu po zmierzch. I nie był to lekki kapuśniaczek a siarczysta ulewa, chwilami jedynie zmniejszająca natężenie. Niewątpliwym plusem jednak były temperatury, które mimo opadów utrzymywały się na poziomie 17-20 stopni. Do Koloseum, do którego mieliśmy wejście zarezerwowane przez internet na konkretna godzinę, dotarliśmy kompletnie zmoczeni. Nie pomogły nawet dokupione u wszędobylskich, ciemnoskórych przeważnie ulicznych sprzedawców parasoli, nawet gacie były mokre... A swoją drogą ci handlarze, to jeden ze stałych elementów ścisłego centrum Rzymu i jego popularniejszych okolic. Jak jest wieczór sprzedają świecące zabawki, jak zachód słońca czerwone róże, jak deszcz poncza i parasole. Na początku było mi głupio ale potem zrozumiałam, że tajny kod to nie wchodzenie w kontakt wzrokowy, jak udajesz że gościa nie ma, to go nie ma...Lekko przeschnięci weszliśmy do Koloseum, przepychając się przez wiecznie płynący tłum. Muszę powiedzieć, że ruiny zrobiły na mnie spore wrażenie, wcześniej miałam okazję być w jednej z najstarszych aren tego typu w chorwackiej Puli i spodziewałam się czegoś podobnego. Przede wszystkim ruiny zachowały się w dużo lepszym stanie, mimo systematycznego traktowania ich we wczesnych czasach chrześcijaństwa jako ogólnego składu budowlanego. 


Po wyjściu przemykając między kroplami deszczu i kolejnymi zabytkami z czasów cesarstwa, przemoczeni i zmęczeni parliśmy w kierunku domu. Jednak ogrom dorobku oraz rozmach budowy starożytnych, mimo paskudnej pogody, wywierały spore wrażenie. Forum Romanum, hale Trajana... Kiedy my byliśmy zaledwie bandami dzikich plemion, bez języka i własnego terytorium, oni budowali Cloaca Maxima - system osuszających kanałów, by zbudować ichniejsze centra handlowe... No wow...


                                                
Wódz nigdy nie śpi

Wracając wciąż mokrymi ulicami zatrzymaliśmy się przy Vittoriano, czyli Ołtarzu Ojczyzny - marmurowej budowli powstałej na cześć zjednoczenia Italii. Złośliwie nazywanej, przez swe toporne kształty, gigantyczną maszyną do pisania lub tortem weselnym. Ale mnie tam się podobało... Za pomnikiem Pałac Wenecki, który po wielu perypetiach stał się lokum zajmowanym przez pewnego niewysokiego pana, śniącego sen o własnej wielkości w Europie. Jak głosi legenda, światło w pałacu miało być zawsze zapalone aby obywatele wiedzieli, że wódz Mussolini nie śpi, wódz czuwa...


Sterani już bardzo zahaczyliśmy ledwie o Kapitol. Tutaj bardzo, bardzo, bardzo chciałam wejść do muzeum w Pallazzo Nouvo gdzie zgromadzono dzieła Tycjana, Caravaggia, Rubensa czy van Dycka. Ale deszcz nieubłaganie lał, kolejka była straszna, patrząc na twarze współtowarzyszy widziałam, że w nosie mają van Dycka i resztę zgrai, więc ruszyliśmy prosto do domu.


Co nas nie zabije, to nas wzmocni

Skonani, zmoczeni dotarliśmy do naszego mieszkania, a w czasie posiłku i krótkiej drzemki, suszyliśmy wszyscy nasze odzienia.


W wysuszonych ciuchach, po zwyczajowej sieście, ruszyliśmy na popołudniowe zwiedzanie, tylko po to aby po chwili przemoknąć ponownie;) Tym razem celem było Campo di Fiori oraz getto żydowskie. Posępny, skąpany w strugach deszczu Giordano Bruno stojący na środku placu i nadzorujący pakujących się straganiarzy był bardzo wymowny.


Aż mi się przypomniał wiersz Miłosza:

Campo di Fiori

W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.
Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.
Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.
Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.
Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.
Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.
I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.

Warszawa - Wielkanoc, 1943


I myśmy na tym Campo di Fiori kosztowali pyszności, jakie mieli straganiarze a potem zasiedli w małej tawernie aby się ogrzać przy cieple ognia i dobrego wina... Odwieczne koło historii - tam, jak nigdy czułam, że go dotknęłam, choć nawet małym trybikiem w nim nie jestem.


 "Ziołowo"

Przepychając się wąskimi uliczkami pełnymi różnorakich witryn, oferującymi towary ciekawe i mniej ciekawe, trafiliśmy (hę! tak sami z siebie...) do sklepu zajmującego się "ziołolecznictwem" nie do końca legalnym w Polsce. W myśl cytatu "W życiu piękne są tylko chwile" zaopatrzyliśmy się w ziołolecznicze lizaki i ruszyliśmy dalej zwiedzać niezbyt zamożne niegdyś ulice żydowskiego getta, gdzie toczyło się życie tych zepchniętych na margines społeczny ludzi.


Rzymskie getto dla Żydów było pierwowzorem tego typu przybytków, co kopiowano w Wenecji czy wykorzystano podczas II wojny światowej. Zasada była jedna: ludzi wyznania judaistycznego (których poglądy, a głównie wiara w jednego Boga, nie odpowiadały hedonistycznej wizji świata starożytnych - co rzecz jasna nie dziwi) zamykano na określonym obszarze, ograniczonym murem. Pierwotnie był to 1 hektar, z jedną świątynią... Bramę otwierano o świcie, zamykano wieczorem. O ironio... bieda to matka najpiękniejszych dzieł sztuki. Zachwyca tutaj bowiem każdy zakątek, każda ulica pokazuje naturalność i prawdziwość, a starodawne znaki wyznawców Judy intensywniej niż samo Koloseum pozwalają poczuć, że zawsze było przedtem i będzie jakieś potem...


Podobnie Fontanna Żółwi na placu Mattei nie "straszy" barokowym przepychem, nie walczy nachalnie o atencję przechodniów. Zdaje się być tym, czym być miała - źródłem wody pitnej dla miejscowych. Chociaż nie byłby sobą Bernini, gdyby nie dodał w niej czegoś "od siebie", były to właśnie tkwiące w nazwie żółwie... skubany, wszędzie musiał wsadzić swoje "3 grosze". 

 


 Concilium Vaticanum

Jeżeli Bazylika św. Piotra, jako symbol chrześcijaństwa miała olśniewać, przytłaczać, pokazywać potęgę, rozmach, przepych, wskazywać ludzką małość i mizerność, to na pewno się udało jej twórcom uzyskać taki efekt. Nie chcę się rozpisywać nad ilością dzieł, zdobień i całym jej przepychu, bo taka właśnie jest. Wolę napisać o kilku moich odczuciach, które mnie w niej "dotknęły". A duże wrażenie zrobiła na mnie Pieta Michała Anioła, często wpatrywałam się w tą rzeźbę na zdjęciach, zastanawiałam, czy poruszy mnie w rzeczywistości... Jest zwiewna, delikatna, alabastrowa, jakby żywa scena cierpiącej matki, trzymającej w ramionach bezwładne ciało syna, z którego uciekło już życie, zastygła na wieki w tej pozie. Postać skazana na wieczne przeżywanie tego samego: niesłabnącego bólu. Piękna.

 

Wrażenie wywarło na mnie także... wrażenie (wiem, wiem - pleonazm haha;)), jakie robi bazylika na turystach innych kultur. Będąc w jednej z bocznych naw (a był to dzień zaduszny) obserwowaliśmy wyjście procesji, wraz ze służbą liturgiczną kierującej się do jednego z głównych ołtarzy w celu odprawienia mszy. Cała scena, tak zwyczajna dla nas, katolików - choć bardziej uroczysta niż w zwykłym kościele, spowodowała szerokie rozwarcie ust i oczu u stojących obok nas turystów azjatyckiego pochodzenia. Nawet odebrało im moc zwykłego "pstrykania" fotek, tak nierealny był to dla nich widok.


Mój Caravaggio

Z braku czasu, wjazd na kopułę oraz wizyta w grotach watykańskich nie była możliwa. Dlatego zaraz po wyjściu skierowaliśmy się do muzeów watykańskich.

 I gdyby nie zakupione przez przezornego Szwagra (:) ) bilety przez internet, "kwitnęlibyśmy" w ponad 2 kilometrowej kolejce do wejścia. Muzea to fantastyczny obiekt, gromadzący tysiące dzieł sztuki zbieranych przez stulecia, z których każde samo w sobie warte jest chwili uwagi... Ale nie da się jej poświęcić... Przede wszystkim przez ilość dzieł, od których aż kręci się w głowie, po wtóre dosłownie - rzeka ludzi. Wszyscy prą na przód, bez zwalniania a momentami, w ciasnych pomieszczeniach jest tak duszno, że kręci się w głowie. Zatem idąc, właściwie płynąc z tą ludzką masą przemieszczaliśmy się między artefaktami dzieł starożytnych, salami kandelabrów, arrasów (nawiasem mówiąc te tkaniny naprawdę zapierają dech) aż dobiliśmy do celu wyprawy, czyli słynnej Kaplicy Sykstyńskiej. Mimo obcesowego traktowania przez ochronę, powtarzane co chwilę szszszszsz.... oraz "no photos, no video" udało się uwiecznić co nieco;)


Przez to całe zamieszanie, tak naprawdę nie przystanęłam na chwilę aby skupić się na pojedynczych elementach, na detalach malowanych przez Michała Anioła czy innych renesansowych malarzy, bo chciałam wchłonąć całość... a mózg już tego nie ogarniał;) Po "wypłynięciu" z kaplicy została już tylko Pinakoteka. Karol miał odciski na nogach, mnie "latały" mroczki przed oczami... ale Caravaggio czekał...Była to w Rzymie ostatnia okazja aby zobaczyć jego płótno - słynne "Złożenie do grobu". Maszerując przez sale pełne starszych i nowszych dzieł, wędrując obok matejkowego "Sobieskiego pod Wideniem", czy ostatniego dzieła Rafaela "Przemienienie Pańskie" dotarliśmy do rzeczonego obrazu Caravaggia. I choć wolałabym dokładnie obejrzeć "Nawrócenie św. Pawła" czy "Niewiernego Tomasza", to i tak obraz był dla mnie ważny. Psychologiczna głębia i naturalistyczne obrazowanie Caravaggia, które uzyskiwał dzięki ostremu operowaniu światłem, zrewolucjonizowało renesansowe postrzeganie cielesności...I dupa za przeproszeniem... tyle..., bo ledwie przystanę chwilkę, to byłam tak zmęczona i padnięta, że patrzyłam a nie "widziałam", choć obraz robi wrażenie...


 Coś dla ducha, coś dla ciała

Wieczór tego dnia przeznaczyliśmy zwiedzanie wyspy tyberiackiej (z fantastyczną rzeźbą św. Cecylii w kościele jej imienia)


oraz zakamarków Zatybrza, historycznie najuboższej dzielnicy, która jednak zachowała autentyczny urok, gdzie kwitnie życie towarzyskie. Mnóstwo tam warsztatów, zakładów wytwórczych, galerii oraz restauracji serwujących proste i nie wyszukane jedzenie... samo życie!


W tym miejscu chciałbym "upchnąć" kilka informacji na temat kulinariów, bo nowe miejsca, to dla mnie nowe smaki przede wszystkim. Mianowicie Rzym to niezliczona ilość restauracji, osterii, trattorii, gelatterii - w których można zjeść dobrze a niekoniecznie drogo. Ja odkryłam pyszną kanapkę panini, wynalezione przez naszego pttkowskiego przewodnika Wojtka - kulki ryżowe suppli (chociaż mnie nie specjalnie przypadły do gustu) oraz najzwyklejszą, ze zwykłych przygotowaną po mistrzowsku margherittę, którą dostaliśmy z gratisowym wykładem na temat podstaw kuchni włoskiej (gdy szwagierka poprosiła o carbonarę bez boczku:) ). 


Ale też by oszczędzić czas oraz trochę kasiory, gotowaliśmy w dobrze wyposażonej kuchni naszego apartamentu. Natomiast umieszczony ulicę dalej mini market Carrefour był wyposażony w tak fantastyczne i świeże produkty, że żal było nie korzystać. Zajadaliśmy zatem macaroni z mulami, pastę ze szpinakiem i pancettą, a wszystko to było płodami naszych wariacji na temat włoskiego jedzenia zapijanymi pysznym winem za 2,80€. Fantastyczne chwile, które ulotnym zapachem i smakiem jeszcze długo będą błądzić w mojej podświadomości.



I katakumb tu łzawa, ciemna rzecz


W dzień wyjazdu, nasz ostatni spacer po Rzymie rozpoczęliśmy z terkoczącymi po ulicznym walizkami, bo do apartamentu nie mogliśmy już wrócić. Następnie sprawdziliśmy naszą szczerość przy Ustach Prawdy, zerknęliśmy przez Dziurkę od Klucza, przez bramę (ze względu na remont) zajrzeliśmy na Ogrody Pomarańczowe oraz przystanęliśmy pod Akweduktami Klaudiusza. Ponieważ strasznie padało, była okropna kolejka, my byliśmy okrutnie zmęczeni, to Matka Kościołów, czyli Bazylika św. Jana na Lateranie została obejrzana jedynie z zewnątrz, zaś my  powędrowaliśmy na zasłużony obiad do niewielkiej trattorii.

Z braku czasu Bazylikę św. Pawła za Murami wymieniliśmy na wizytę w katakumbach... i było warto. Byliśmy już strasznie zmarnowani, gdy czekaliśmy na polskiego przewodnika, którym okazał się, jak go określiła jego współpracowniczka "nieco wyliniały" duchowny. 


Zejście pod ziemię i widok wydrążonych grobowców, zwłaszcza tych maleńkich (a było ich bardzo, bardzo wiele) wwiercał się w głowę myślą o przemijaniu, półmrok i lekki zaduch potęgowały odczucia. Serpentyny niekończących się korytarzy, z wyłupanymi w ziemi po obu bokach, na różnych poziomach wysokości, grobami  oraz słowa przewodnika niemal przenosiły w szeregi antycznego konduktu żałobnego... 



Quo vadis Domine?

Sorki za cytaty ale nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza w takich miejscach... Po wyjściu z katakumb postanowiliśmy, ledwo już ledwo, bo na koncie mieliśmy pieszo przemierzonych już około 70 kilometrów, w ciągu tych 4 dni;), przejść się na Via Appia Antica. Droga, którą św. Piotr, w obawie przed schwytaniem wychodził z Rzymu aby dalej nieść ewangelię i spotkał zmierzającego właśnie w stronę Rzymu Jezusa. Staruszek zapytał go "Quo vadis Domine?" czyli "Dokąd zmierzasz Panie?", ten mu odrzekł, że skoro apostoł ucieka, to on sam musi wrócić do swoich aby dać się powtórnie ukrzyżować... Proste, piękne i sensowne... bez nadawania dodatkowych znaczeń i szukania ukrytych sensów...




Wszędzie dobrze ale...

Metrem, szalonym autobusem dotransportowaliśmy się na lotnisko. Byliśmy bardzo, bardzo,bardzo wyczerpani...Lot był niespokojny, a w czasie krótkich drzemek przelatywały mi przez głowę starożytne artefakty, dzieła sztuki, grobowce, kolumny i rzesza innych historycznych widziadeł... Kiedy dotarliśmy do domu, już grubo po północy i wtuliłam się w ciałko młodszego syna, który został, bo za mały na takie wojaże, poczułam że mi dobrze i swojsko. Fajnie wędrować, poznawać, podróżować ale dobrze też wracać, przytulać i wspominać;)




















































































































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © ZefiremPrzezSwiat , Blogger