marca 22, 2021

Ochla, Kożuchów, Węgliniec, Nowogrodziec, Szprotawa. Podróże podczas pandemicznych obostrzeń.


 Z czym kojarzy nam się podróżowanie? Z dalekimi krajami i spakowanym na kilka tygodni plecakiem? Też mam takie skojarzenia. I nawet kiedy kupiliśmy campera nie czułam, że jestem w podróży, puki nie jechaliśmy przynajmniej godzinkę aby zapoznać się z cudownościami turystycznymi danego miejsca. Tymczasem podróż zaczyna się wtedy, gdy wyruszamy z domu z zamiarem poznania jakiegoś miejsca, gdy w planach mamy oderwanie się od spraw dnia codziennego i skupieniu na odwiedzanych miejscach. To właśnie uświadomiła nam pandemia. Nie trzeba dużo, by sprawić sobie radość. Zwłaszcza gdy na horyzoncie ograniczenia epidemiczne, do których powoli nawykamy.
Ochla

Pierwszym pomysłem był wyjazd jakieś pięćdziesiąt kilometrów od domu, by pod Zieloną Górą zacumować przy skansenie w Ochli. Ja to miejsce odwiedzałam chyba ponad dwadzieścia lat temu, z jakąś wycieczką szkolną a chcieliśmy dzieciakom pokazać, jak to się kiedyś w zagrodach mieszkało. Tradycyjnie na wyjazdową kolację zamówiliśmy coś z okolicznej chińskiej restauracji i zaparkowaliśmy na parkingu przed skansenem. No niestety chiński bar z przedmieści Zielonej Góry plasuje się na przedostatnim miejscu w naszym rankingu chińszczyzny. Generalnie to dobrze żeśmy się nie pochorowali...ale takie życie testera. W każdym razie po wizycie w muzeum doszliśmy do wniosku, że choć eksponatów przybyło, choć otoczenie wypiękniało, to niewiele się tu zmieniło od naszych czasów szkolnych. Trochę smutno, że nie ma dla dzieciaków choć jednej chaty, w której mogliby swobodnie podotykać wszystkiego, zemleć zboże na mąkę, zajrzeć do szafy etc. Wszystkie bowiem domostwa to elementy zamkniętej ekspozycji. Wiele się podobno zmienia pełną wiosną i latem, jak mówiła Pani w recepcji, i są dostępne plenerowe zajęcia i warsztaty. Myślę, że jeszcze tutaj zawitamy. 
Bardziej jednak niż sam skansen ucieszyła nas możliwość odwiedzenia zielonego targu, który co sobotę jest organizowany na placu należącym do obiektu zwiedzanego przez nas. Dostępne są tam wyroby lokalnych wytwórców - rzemieślników, producentów jedzenia oraz winiarzy...bo Zielona Góra i jej okolice winem przecież stoi. Moi chłopcy zajadali się burgerem z pieczonej dziczyzny, ja wciągnęłam smakowity sernik, nabyliśmy dobrego reszlinga w dość wysokiej (70zł), choć przystępnej cenie i ruszyliśmy do domku.

Kożuchów

Kolejnego piątkowego popołudniu wczesną wiosną postanowiliśmy z kolei ruszyć do niewielkiego miasteczka, które często mijamy przejazdem. Kożuchów to mała mieścina, choć posiada naprawdę bogatą historię i warto tutaj wpaść. Umówiłam dzień wcześniej zwiedzanie zamku z przewodnikiem, Piotr wyszukał nocleg na dziko i po zdalnym nauczaniu w piątek ruszyliśmy po okoliczną przygodę. Okazuje się, że kożuchów to jedno z najstarszych miast Dolnego Śląska...tak, tak za dawnych czasów geograficznie należał właśnie do tego regionu. Prawdopodobnie za czasów Dziadoszan stał tutaj już gród. O tym, oraz o wielu innych ciekawostkach dowiedzieliśmy się od Pana przewodnika z zamku. I tak, za całą rodzinę zapłaciliśmy 40złotych za zwiedzanie...kurcze no warto, bo ktoś specjalnie dla nas przyszedł, pootwierał nam wszelkie zakamarki i opowiedział mnóstwo ciekawych historyjek.
Jak ta, że zamek wybudowali Piastowie głogowscy i był siedzibą kolejnych książąt, potem trafił w ręce zakonu karmelitów, którzy pędzili tu piwko a potem zbrojownia. Zamek na szczęście nie ucierpiał podczas wojny, dlatego może do dziś cieszyć, jako jedna z ciekawszych atrakcji okolicy. 
I choć miast niegdyś słynęło z bogactwa i krzyżowały się tutaj szlaki handlowe z Wrocławia do Krosna i i z Poznania do Głogowa, to teraz jest to mała mieścina bez większych perspektyw. Szkoda. Szkoda, że o świetności tego miejsca przypominają zadbane z publicznych pieniędzy zabytki, zaś uliczne perełki niszczeją.
Potem przyszła kolej na chińszczyznę i tutaj UPS...nie ma chińskiego jedzenia w Kożuchowie...dramat, jak to jest możliwe? Został niezawodny kebab i ten był wyborny :) Wybrana przez Piotra miejscówka na nockę też bardzo przyjemna - na skraju lasu, obok jednego z rolniczych gospodarstw.


Nowogrodziec i Węgliniec

W kolejnym tygodniu...gdzieś pod koniec marca wypuściliśmy się, ciągle tkwiąc w pandemicznych obostrzeniach, do trochę dalej od nas położonego Nowogrodźca. Plan zakładał przejazd przez Węgliniec, niewielką mieścinę znaną z węzła kolejowego, i krótki w nim postój na zwiedzenie wagonu kolejowego. Tyle że nie był jakiś to tam taki wagon kolejowy, ale rekonstrukcja jednego z wielu towarowych wagonów, w jakich przywędrowali na ziemie "odzyskane" nasi przodkowie po drugiej wojnie światowej. Wagon oraz pomieszczenie pamiątkowe pokazał nam jedna ze starszych Pań opiekujących się tym przybytkiem. Kiedy na ściance znalazłam wśród nazwisk ludzi transportowanych wzmiankę o nazwisku mojego ojca i dziadków, i mnie ścisnęło wzruszenie za gardło. Warto pielęgnować takie miejsca, dobrze jest je pokazywać naszym dzieciom zwyczajnie po to, by nasza historia nie umarła w zapomnieniu...
Kolejnym naszym przystankiem był Nowogrodziec i choć miasteczko dzieli od naszego miejsca zamieszkania około 50 kilometrów, to przyznam, że wcześniej w ogóle o nim nie słyszałam. A okazuje się, że jest, co zwiedzać. Przede wszystkim ruiny zakonu sióstr Magdalenek. To jedna z najstarszych organizacji przywiedziona na tereny śląskie najprawdopodobniej przez św. Jadwigę Śląską, która miała wspomagać zwłaszcza kobiety z biednych mieszczańskich środowisk. Magdalenki uczyły, leczyły, karmiły i mimo bardzo surowej reguły klasztornej nie szczędziły wysiłków, by nieść pomoc. Z ciekawostek lokalnych, to epidemia dżumy nawiedzała miasto kilkukrotnie. Największy jej atak w XVII wieku wybił wszystkich mieszkańców, poza 3 małżeństwami oraz kilkoma magdalenkami. W okolicy. W mieście spotkać można pomnik Nepomucena, którego kult przywędrował z Czech i oglądać go możemy obecnie w większości okolicznych miasteczek. Ciekawym zabytkiem jest też słup milowy poczty saskiej, który wskazywał na dawne granice między Śląskiem oraz Łużycami.  Po kolacji z pysznym burgerem...bo i tu chińskiej brak :) i nocce na parkingu przy miejskiej bibliotece odwiedziliśmy jeszcze pustynię pokopalnianą w okolicy. Pustynia i lazurowe wody w jej okolicy, to efekt wydobywania stąd kaolinu na dość sporą skalę. Piaszczyste tereny często wykorzystywane są w czasie ślubnych sesji, czy nagrywania teledysków. Niestety całość przyprószył marcowy śnieżek i tyle z naszej pustyni...ale jeszcze tu wpadniemy. A tymczasem wyjazd zaliczamy do bardzo udanych.


Szprotawa

I ostatnie miasteczko z cyklu...najbliższa okolica camperem :) Szprotawa. Nie za duża, nie za ładna, jakby zastygła w stagnacji...ale bardzo ciekawa, jak się okazuje. Największym historycznym wydarzeniem w Szprotawie było spotkanie Ottona III, wędrującego na zjazd gnieźnieński z Bolesławem Chrobrym, który wraz ze świtą przybył cesarzowi na spotkanie. Tiethmar w swych kronikach wspomina, że impreza była gruba, bo chodziło o pokazanie cesarzowi, że ma do czynienia w poważnym i szanowanym władcą. W mieście jest sporo zabytków...między innymi dwie wieże ratuszowe, a jedna krzywa. Bramy w murze obronnym - żagańska i gorzowska, zabytkowy cmentarz żydowskiej diaspory, kościół NMP oraz ruiny świątyni ewangelickiej. Jest też klasztor magdalenek, także sprowadzonych przez św. Jadwigę Śląską. W średniowieczu szerzyła się prostytucja pośród biednych kobiet - wdów, sierot, czy dziewcząt pozbawionych rodziny czy męża. Magdalenki prowadząc szkoły i przytułki miały temu zapobiegać. Ciekawostką jest też, że gdy podczas remontu, pod koniec poprzedniego stulecia, prowadzonego w kościele NMP odkryto kryptę ze szczątkami siostrzyczek. W jednej zaś z trumien tak dobrze zabalsamowane zwłoki, że zachował się bez zmian niemal kompletnie ubiór pochowanej w niej przełożonej. Dla męskiej części zwiedzających istotniejsze zapewne będą inne atrakcje okolicy. Mianowicie pozostałości po dawnej bazie lotniczej ZSRR. 4 km od Szprotawy niszczeją obecnie zamaskowane hangary lotnicze i dawny pas startowy. W czasie wojny był to oczywiście teren Niemiec i teren służył Luftwaffe, które podrywało stąd najnowocześniejsze ówcześnie samoloty turboodrzutowe M 262 Schwalbe  - cokolwiek to oznacza :) Po wojnie terenem "zaopiekowała" się Armia Czerwona, teren powiększono, zbudowane osiedle dla rodzin żołnierzy oraz z jakiegoś dziwnego powodu...schron atomowy ;). Na całe szczęście nie wykorzystany...a obecnie jest, jak jest...Teren częściowo jest zagospodarowany, częściowo niszczeje ale z całą pewnością warto go odwiedzić. Choć w Szprotawie jest bar chiński, to po Zielonogórskim paskudztwie plasujemy go na ostatnim miejscu. Fuj...ach to życie testera...ale wyprawa ciekawa, choć bliska. Polecamy i tu kończymy nasz przedwiosenny cykl okoliczny :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © ZefiremPrzezSwiat , Blogger